Battlefield 3 – multiplayer

Battlefield 3 – multiplayer

Kampania pojedynczego gracza w Battlefieldzie 3 wzbudziła mieszane uczucia. Niektórym się podobała (bo widowiskowa, w stylu dobrze znanym i lubianym z Call of Duty), a innych – w tym mnie – zawiodła, bo nie zaoferowała zupełnie nic ciekawego, dzięki czemu miałbym ją zapamiętać przez lata. A jak na tym tle wypada tryb multiplayer, z którego słynie seria? W końcu DICE to specjaliści, którzy na tym trybie zjedli zęby. Cóż – jest bardzo dobrze... ale mogłoby być lepiej.

 

Pewnie wiele osób wpadnie w tym momencie w święte oburzenie i przekreśli mnie do końca życia za te słowa: multiplayer w Battlefieldzie 3 jest równie rewelacyjny, co niedorobiony. Z jednej strony jest festiwalem genialnych pomysłów, które odsadzają go od konkurencji o dobre kilka długości, ale też irytuje całą masą nielogiczności i błędów, które mogą zniechęcić nowych graczy.

Seine Crossing

Kula w płot
W moim przekonaniu najgorszym pomysłem jest Battlelog sam w sobie – dodatkowa usługa, która w zasadzie niczemu wielkiemu nie służy, a za to mocno komplikuje życie graczom. Zapomnijcie o intuicyjnym menu Steama czy prostocie Call of Duty – DICE postawiło na stworzenie ociężałej kobyły, która ma pełnić rolę centrum dowodzenia każdego gracza. Fakt, znalazło się tu dosłownie wszystko, czego potrzeba: zarządzanie profilem, wyszukiwarka serwerów, moduł społecznościowy, miejsce dla klanów; jednak konkretne opcje są tak poukładane, że nie sposób do nich dotrzeć za pomocą jednego kliknięcia. (Jedynym wyjątkiem jest dołączanie do serwerów – ten element zrobiono elegancko). Ustawienie klanowego tagu, edycja dogtagów czy porównywanie swoich statystyk z kolegami wymagają po prostu zbyt wiele zachodu. Do tego Battlelog wymaga uruchomionej przeglądarki i specjalnego pluginu do obsługi gry – a wszystko po to, by i tak dołączanie do serwerów trwało długie minuty. Nawiasem mówiąc, ten element też kuleje: irytująco często skrypt napotyka jakiś błąd, który każe rozpocząć cały proces od nowa, co przy braku opcji auto-join powoduje uzasadnione wkurzenie graczy. Na domiar złego, wbudowany matchmaking działa też co najwyżej średnio i zdarza się, że wyszukuje odpowiedni serwer przez długie minuty. Czy naprawdę nie dało się tego zrobić szybciej i lżej?

 

Ale nawet po dołączeniu do wymarzonego serwera nie padamy zwaleni z nóg. Menusy wyboru i konfiguracji żołnierza są bardzo fajne, ale i tu nie ustrzeżono się błędów – za diabła nie mogłem zmusić gry do tego, by zapamiętała jakim skinem chcę grać, przez co na początku każdej mapy musiałem się przeklikiwać do odpowiedniej opcji. Drugim irytującym elementem jest fakt, że po przyjęciu odpowiedniej ilości ołowiu nie możemy tak po prostu wcisnąć Esc i wejść do menu – trzeba zaczekać, aż spektakularna animacja śmierci dobiegnie końca.

Czołg na grillu

Szeregowiec Wilczek
Spokojnie, to jeszcze nie koniec błędów – ale w tym miejscu ich znaczenie dramatycznie spada. Każdy bowiem kto nareszcie wskoczy do gry, nie przejdzie obok niej obojętnie. Grafika, animacja, dźwięk – wszystko to zrealizowano wprost genialnie! Już po pierwszych chwilach czułem, że uczestniczę w prawdziwej wojnie, a nie jakimś wydumanym, papierowym konflikcie. Wrażenie jest naprawdę powalające i nie pozwala się otrząsnąć przez długie minuty, bo DICE atakuje nas kolejnymi celnymi pomysłami. Od samego początku mamy dostęp do podstawowych narzędzi zbrodni – nie tylko pukawek, ale również pojazdów. W tym momencie zapomina się o wszystkim co wcześniej wkurzyło. Po prostu zabawa jest na tyle wciągająca i dynamiczna, że nie ma sensu złościć się o poprzednie usterki.

 

Inspiracja z Modern Warfare?

Nie oznacza to bynajmniej, że Battlefield 3 już na samym starcie pokazuje wszystko, co ma do zaoferowania. Co to, to nie. DICE wzięło sobie pod lupę system zdobywania punktów z bety i znacznie go zmodyfikowało – teraz doświadczenie zdobywa się zauważalnie wolniej, co sprawia, że „wymaksowanie” tytułu to zajęcie nie na całe wieczory, ale wręcz tygodnie regularnej gry. Do tego w ręce graczy oddano masę sprzętu – do odblokowania dla czterech dostępnych klas w sumie czeka aż 66 sztuk broni (i dodatkowo zdobywanie kolejnych dodatków po odpowiednio długim używaniu danego modelu), 14 specjalizacji, plus 76 rzeczy związanych z pojazdami! Przy tym ważne jest to, że unlocki różnią się między sobą nie tylko wyglądem, ale przede wszystkim działaniem. Z całą pewnością można więc stwierdzić, że każdy gracz znajdzie sobie idealny zestaw, którym będzie mógł kosić wirtualnych wrogów.

W stronę Słońca

Byliśmy żołnierzami
Jeśli zaś do tego wszystkiego doda się jeszcze prywatne uzdolnienia, okaże się, że Battlefield 3 może być grą na lata. Najpewniej – i w zasadzie najłatwiej – porusza się na własnych nogach, co ma swoje plusy i minusy: większa mobilność i niewykrywalność rekompensowana jest przez dość niską odporność na ołów i zasadniczo niewielką prędkość biegu (w stosunku do wielkości map). Piętro wyżej stoją pojazdy, zarówno te lekko uzbrojone (dżipy), jak i cięższe maszyny (Humvee), a na BMP i czołgach kończąc, które są przedstawicielami największego kalibru. Jednak i one nie dają pewności przeżycia – pojazdy cierpią na ociężałość i sporą bezwładność, przez co są łatwym celem dla piechoty z wyrzutniami p-panc i pilotów. Ci ostatni to z kolei największy poziom wtajemniczenia: zarówno samolotami (wracają do gry po chwilowej nieobecności w cyklu Bad Company) jak i helikopterami operuje się na tyle trudno, że jakiś sensowny atak można spróbować przeprowadzić dopiero po kilkudziesięciu minutach spędzonych za sterami. Być może na joysticku jest łatwiej (grałem na tandemie klawiatura + myszka), ale na standardowym zestawie podniebne boje są zwyczajnie zbyt trudne dla nowicjuszy. Na szczęście zniszczone maszyny odnawiają się co kilka minut, więc nie jest to specjalnie uciążliwe dla reszty graczy.

 

To, za co nowemu Battlefieldowi należą się brawa, to rewelacyjny balans rozgrywki. Czołg albo helikopter potrafią zrobić prawdziwą sieczkę w rękach uzdolnionego gracza, ale osamotnione szybko padną w starciu z ogarniętą piechotą. Wystarczy bowiem tylko kilka celnych strzałów z odpowiedniej broni, by każdy orzeł wylądował. Bardzo awaryjnie. To samo tyczy się piechoty – apteczki rzucane przez klasę szturmową potrafią wyleczyć nawet poważniejsze rany, ale nie liczcie na akcje w stylu Rambo. To nie ta gra.

Ratatatata

Medale zdobią moją pierś
Zresztą, nawet nie bardzo opłaca się być samotnym mścicielem, który bezlitośnie morduje wrogą piechotę. Najwięcej bowiem punktów dostaje się nie za fragi czy asysty, ale za akcje zespołowe. Prowadzi to do sytuacji, w której nawet słabi gracze, którzy nikogo nie zabili, znajdują się na szczycie listy dzięki podkładaniu ładunków wybuchowych, przejmowaniu strategicznych punktów i wspomaganiu swojej drużyny amunicją czy apteczkami. Zgodnie z najnowszymi trendami, Battlefield 3 nagradza nas za byle bzdury – wystarczy tylko dołączyć do zabawy, by dostać pierwsze odznaczenie, a każde kolejne szybko zdobywamy w trakcie rozgrywki. Oczywiście im lepiej nam idzie, tym więcej baretek dostajemy (a tym samym punktów, co przekłada się na szybsze zdobywanie poziomów), co nieźle motywuje do zwiększonego wysiłku i poprawiania swoich umiejętności.

 

Taaank!Nie oznacza to jednak, że zdobyte raz nawyki wszędzie się sprawdzą. DICE przygotowało 6 trybów gry, z których można wyróżnić trzy główne – Conquest, Rush i Deathmatch. Niezależnie od tego, który wariant wybierzemy (Team – dwa duże zespoły rywalizujące ze sobą, Squad – 4 czteroosobowe drużyny), najtrudniej zdobywa się punkty w tym ostatnim, bowiem bazuje on w zasadzie tylko na umiejętności szybkiego zabijania. Nieco łatwiej jest w Rushu, który polega na zdobywaniu/bronieniu kolejnych celów – o ile atak potrafi być wycieńczający, o tyle defensywne kampienie na leżąco w krzakach nie sprawia większych problemów w nabijaniu punktów. Najbardziej dynamicznym trybem, w którym Battlefield rozwija swoje skrzydła, jest Conquest. Wtedy w grę wchodzą wszystkie pojazdy, a mapa przemienia się w prawdziwe pole bitwy, które bezlitośnie eliminuje słabsze jednostki. Ostatni tryb chakteryzuje też największy chaos – sytuacja zmienia się tu jak w kalejdoskopie, a raz zdobyty cel można po chwili nieuwagi bardzo łatwo utracić.

Odbijanie giełdy w co-opie

Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle
Nie mogę wybaczyć DICE tego, że po tak rewelacyjnym wrażeniu, jakie stworzyło multi, tak haniebnie potraktowano grę w kooperacji. W zasadzie reprezentuje ona wszystko to, co tak bardzo wkurzało w kampanii singleplayer. Mamy tutaj znów paskudne skrypty i całkowitą bezpłciowość fabuły, a zabawa zamienia się w bezmyślną strzelaninę z kolejnymi falami wrogów. Ale jak by tego było mało, dorzucono kilka świeżych błędów: gra potrafi być cholernie zlagowana, a na dodatek podczas misji nie ma checkpointów, co w przypadku wpadki każe grać całe zadanie od nowa. Jest to o tyle wkurzające, że o pomyłkę naprawdę nietrudno: gra nie ma wbudowanego VoIP (bo niby jest w Battlelogu, tylko że w przypadku matchmakingu gra nie tworzy automatycznie kanału do gadania), więc cała komunikacja – a czasem trzeba działać wręcz z chirurgiczną precyzją! - sprowadza się tylko do machania celownikiem i oznaczania celów za pomocą klawisza Q. Ani to wygodne, ani logiczne, a w połączeniu z brakiem zrozumienia drugiego gracza powoduje, że żadnej misji nie udało mi się przejść za pierwszym podejściem.

 

Co-op nie grzeszy także długością – czeka na nas zaledwie 6 misji, które można przejść (nie licząc porażek) w około godzinę. Niestety, trzeba grać albo zawsze z tą samą osobą, albo skazać się na matchmaking, bowiem misje są ze sobą ściśle połączone strzałkami w Battlelogu i nie można rozegrać późniejszej bez zaliczenia poprzednich. Totalny bezsens, bo ich fabuła jest mocno poszatkowana i nijak się nie łączy w spójną całość. Na pocieszenie w kooperacji zdobywa się punkty, za które można odblokować kolejne pukawki do wykorzystania w całym multiplayerze.

Destrukcja ogląda fajnie, ale jest mocno ograniczona

Jak cię widzą, tak cię piszą
Oprawie Battlefielda 3 nie można nic zarzucić – po prostu wszystko wygląda i brzmi na tyle realistycznie, że ma się wrażenie uczestniczenia w prawdziwej wojnie (więcej w recenzji singleplayera – TUTAJ). Każda z 9 map ma także swój unikalny styl, który odróżnia ją od całej reszty – są tereny piaszczyste i miejskie, skąpane w słońcu i deszczu, w górach i na płaszczyznach. Nie można jednak przejść bez słowa nad niedoróbkami technicznymi, które czasami wręcz uniemożliwiają zabawę. Trzeba powiedzieć to wprost – póki co mapy Caspian Border i Operation Firestorm są mocno zlagowane, a na Tehran Highway wręcz nie da się grać. Podobnie sprawa ma się z CommoRose, które jest nieźle przemyślane, ale beznadziejnie zaimplementowane. Również destrukcja to krok wstecz – niszczyć można tylko fasady budynków i niektóre ściany, a zrównanie czegoś z ziemią pozostaje w sferze marzeń. Sorry, ale jeśli reklamuje się grę jako największe wirtualne pole bitwy, to taka sytuacja jest niedopuszczalna.

 

Operacja się udała, pacjent będzie żył
Jaka więc przyszłość czeka Battlefielda 3? Wszystko wydaje się zależeć od tego, co dalej zrobi DICE i Electronic Arts. Póki co gra jest dobra (nawet bardzo), ale z pewnością nie na tyle, by móc paść z zachwytu na jej widok. Jeśli tylko doczekamy się solidnego patcha, który naprawi błędy uniemożliwiające zabawę, a do tego EA nie zasypie nas toną DLC – gra ma ogromne szanse na sukces.

Wilku out.

Nocna misja w co-opie

 

Ocena - 8+ /10
Premiera - 25 październik 2011
Platforma - PC (testowana), X360, PS3
Deweloper - DICE
Gatunek - FPS
Czas gry - setki godzin (multiplayer)
Średnia ocen w sieci - 86%
 
 
Sewydżowe trzy grosze:
Po przejściu singla i co-opa naprawdę zastanawiałem się w co włożyłem swoje 130 złotych - tak siermiężny poziom wykonania widuje się w grach z koszyka w supermarkecie. Przeciwnicy katastrofalnie głupi i spawnujący się nieraz literalnie na oczach gracza. Do tego pole gry ograniczone bardziej niż w Call of Duty i bugi tak tragiczne, że aż śmieszne - moi trzej faworyci to dwójka chłopów z Javelinem, którzy zastygają w miejscu bo nie przypisano im animacji śmierci; deszcz padający w samolocie oraz gościu sprawdzający podczas cut-scenki godzinę, acz nie posiadający zegarka na ręku. A te NUDNE misje w pojazdach! Padaka. Pięciogodzinny czas gry wypada tu przyjąć z otwartymi ramionami. Są jasne punkty, jak misja w metrze czy Teheranie (znane z zapowiedzi), ale zamiast wyakcentować elementy, z których Battlefield słynie, zdecydowano się na marne popłuczyny po Black Opsie. Wbrew temu, co mówią twórcy, singiel NIJAK nie przygotowuje do starć w sieci. Nawet samolotem czy śmigłowcem potrenować lot nie ma gdzie.


Kiedy zacząłem pocinać w multi, nareszcie zobaczyłem, że moja forsa nie poszła w błoto. Poczułem się jak za najlepszych czasów gry w BF2 czy BC2, a pogłoski o wielkiej sprzętożerności okazały się niesłuszne - na C2D 3GHz, GF 250 GTS i 4 GB RAM, Battlefield 3 uzyskuje średnio 30 klatek. Szkoda, że przy okazji miejscami razi szkaradną teksturą lub modelem, ale to nijak ma się do krytycznych zwiech w przeciągu 15 minut od wejścia na serwer - to legendarny PunkBuster nie lubi się ze sterownikami dźwięku Realtek, bądź którąś z licznych aplikacji uruchomionych w tle. Po wielu próbach załatwienia sprawy poddałem się i czekam na patcha. Warto przypomnieć, że przy okazji premier poprzednich Battlefieldów były podobne cyrki.
Basejump

Moja opinia o Battlelogu jest taka sama jak Wilka i mam go za niepotrzebne, uciążliwe i niezbyt dobrze funkcjonujące rozwiązanie. Da się jednak znosić jego fochy bez większego bólu, ale brak czatu głosowego podczas gry już nie bardzo. Coś takiego w produkcji stawiającej na grę zespołową? Kaman. Wypada się więc cieszyć, że rozeta komunikacyjna jest, bo choć działa kiepsko, to miało jej nie być. Do tego doliczcie sporadyczne lagi na większych mapach i małe problemy z detekcją kolizji. Szczerze powiedziawszy, po wrażeniach z bety, spodziewałem się, że będzie znacznie gorzej, więc brawa dla DICE, iż stanęli na rzęsach, by multi było sensownie grywalne.


Do grzechów BF3 doliczę jeszcze znacznie uboższy w basy dźwięk w porównaniu z BC2 i MoH (choć to chyba kwestia osobistych preferencji?), brak precyzyjnej regulacji dźwięku (głosy postaci o wiele za cicho) i dużo mniejszy opad kul niż w Bad Company. Sporo tego! Ale z nadzieją patrzę w przyszłość, a to co mam teraz, na serwerach bez PB, daje mi sporo radości i solidnie wciąga - pochwale szczególnie świetny patent z akceptowaniem reanimacji, polski dubbing i mapę Szczyt Demawendu, z którego base jumping na bombsite nigdy się nie nudzi. Za samo multi póki co daję 8/10 (z widokami na 9), ale za całość pakietu ocena nie może być wyższa niż 7/10.

3.26316
 
 
Tagi: